Witam,
dzisiaj post o psim życiu.Pewnego MROŹNEGO wieczoru koleżanka mojej córki znalazła przed domem tajemniczy plastikowy pojemnik.W pojemniku było osiem kilkudniowych, najprawdopodobniej tygodniowych psich noworodków.Ktoś chciał pozbyć się kłopotu, więc podrzucił je dziewczynie, która jest wolontariuszką w schronisku.Plan miał dobry, ale trochę za wcześnie odebrał matce maleństwa.Ślepe, bezbronne, przemarznięte, nie wiadomo jak długo stały w tym pojemniku na mrozie.Zaprzyjaźnione wolontariuszki postanowiły,że spróbują uratować maleństwa, choć szanse były minimalne.Wzięły po dwa szczenięta.Jedną z tych wolontariuszek jest moja córka,która w schronisku pomaga już ósmy rok.Ciężko było utrzymać przy życiu maleństwa.Z ośmiu PRZEŻYŁY TRZY. Jeden u mojej Heleny. Oto WENA-szczęściara.Jest już trzykrotnie większa niż w dniu, w którym Helena wzięła ją pod opiekę.
 |
Przy Alusiu widać jak jest maleńka. |
 |
Ma teraz ok. czterech tygodni,przerosła już swoją matkę zastępczą-pluszaka.Na początku mieściła się w dłoni |
Wena po odchowaniu miała iść do adopcji...ale teraz już nie ma o tym mowy...zostaje u córki. Nawet nie wiadomo jaka to rasa, na pewno mieszaniec, bo rasowych szczęniąt nikt nie pozbywałby się w ten sposób.Tak więc trzy dni minęły pełne wrażeń w rodzinnym gronie. Dzieci przyjeżdżając do domu ,wprowadzają, gwar ,zamieszanie, ale jest przyjemnie i rodzinnie. Ale z moich robótkowych planów nici.Nie szkodzi, nadrobię w tygodniu.
Pozdrawiam serdecznie, Yolanda